-
No, bo ty na mnie krzyczysz!
-
Nie krzyczę, masz śpiewać głośno. - Ach, to cudowne, teatralne rozwieranie
japy.
-
No, ale no...
-
Sama chciałaś.
Stres. Trema. Niechęć
krzywdzenia ludzi. Nazwij to jak chcesz. Prawda jest taka, że tylko utrudnia ci
to życie. Bo oni słyszą. Bo oni widzą. Bo oni wiedzą. Że jest źle, że nie w
rytmie, że nie wiesz kiedy wejść... Że fabuła do dupy, że postaci papierowe, że
styl nie za bardzo... Że montaż słaby, komentarz słaby, gameplay słaby i tylko
darcie mordy jakoś się broni... A jak wiedzą, widzą, słyszą, to się na pewno
wypowiedzą. A ty nie chcesz. Bo co potem? Głowa w piasek? Ucieczka? Zawód?
Strach, strach, strach.
Przed porażką, przed
ośmieszeniem, przed krytyką. Więc nie robisz nic. Siedzisz cicho. Gapisz się w
sufit. Nie śpiewasz, nie grasz, nie zagadasz do dziewczyny, chłopaka,
kogokolwiek. Paraliżujesz się od środka. Mówisz, że nie dasz rady. Że bez
sensu. Że to i tak nie dla ciebie. Że to przecież nic nie da. I zastygasz. I
wmawiasz sobie, że wszystko jest dobrze tak, jak jest. I tak sobie egzystujesz.
Nie martwisz się, nie boisz...
Trach, trach, trach!
Coś w końcu w tobie pęknie. Bo
to głupie. Bo to bez sensu. Po co się bać? To się przydaje, kiedy biegnie za
tobą banda obwiesiów z kijami tudzież obnażonymi pięściami. Wtedy bardzo pomaga
przed nimi zwiać. Ale jest kompletnie nieprzydatne, kiedy chcesz coś po prostu
zrobić. Trochę wstydu czy krytyki cię nie zabije. A może dać ci dużo wskazówek.
I niekoniecznie trzeba je interpretować jako „weź, rzuć to w cholerę”.
Trach, trach, trach. Po co się
bać?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz