niedziela, 27 września 2015

Wonderwall



                - No, bo ty na mnie krzyczysz!
                - Nie krzyczę, masz śpiewać głośno. - Ach, to cudowne, teatralne rozwieranie japy.
                - No, ale no...
                - Sama chciałaś.

                Stres. Trema. Niechęć krzywdzenia ludzi. Nazwij to jak chcesz. Prawda jest taka, że tylko utrudnia ci to życie. Bo oni słyszą. Bo oni widzą. Bo oni wiedzą. Że jest źle, że nie w rytmie, że nie wiesz kiedy wejść... Że fabuła do dupy, że postaci papierowe, że styl nie za bardzo... Że montaż słaby, komentarz słaby, gameplay słaby i tylko darcie mordy jakoś się broni... A jak wiedzą, widzą, słyszą, to się na pewno wypowiedzą. A ty nie chcesz. Bo co potem? Głowa w piasek? Ucieczka? Zawód?
                Strach, strach, strach.
                Przed porażką, przed ośmieszeniem, przed krytyką. Więc nie robisz nic. Siedzisz cicho. Gapisz się w sufit. Nie śpiewasz, nie grasz, nie zagadasz do dziewczyny, chłopaka, kogokolwiek. Paraliżujesz się od środka. Mówisz, że nie dasz rady. Że bez sensu. Że to i tak nie dla ciebie. Że to przecież nic nie da. I zastygasz. I wmawiasz sobie, że wszystko jest dobrze tak, jak jest. I tak sobie egzystujesz. Nie martwisz się, nie boisz...
                Trach, trach, trach!
                Coś w końcu w tobie pęknie. Bo to głupie. Bo to bez sensu. Po co się bać? To się przydaje, kiedy biegnie za tobą banda obwiesiów z kijami tudzież obnażonymi pięściami. Wtedy bardzo pomaga przed nimi zwiać. Ale jest kompletnie nieprzydatne, kiedy chcesz coś po prostu zrobić. Trochę wstydu czy krytyki cię nie zabije. A może dać ci dużo wskazówek. I niekoniecznie trzeba je interpretować jako „weź, rzuć to w cholerę”.
                Trach, trach, trach. Po co się bać?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Archiwum bloga