Trudno pisać, kiedy stany
emocjonalne zmieniają się non stop. Wstaję rano, jestem szczęśliwa i wyspana.
Po południu już mam wszystkiego dość a wieczorem mam ochotę się zwinąć i być
głaskaną. I żeby chociaż była w tym jakaś cykliczność, ale następnego dnia rano
jestem wściekła i wszystko bym obdrapała.
Teraz płaczę.
Czasami chciałabym nic nie czuć.
Tak znieczulić się na to wszystko, żeby tylko wstawać, chodzić do pracy, czytać
książki i nie marzyć. Nie myśleć o tym jak jest, jak było, jak mogłoby być. Po
prostu się nie przejmować. Pójść gdzieś swoją ścieżką.
Stoję w takim miejscu, gdzie
czekolada już średnio smakuje, ale nie wiadomo, co wziąć zamiast niej. A może
po prostu mi za dobrze? Jestem odkarmionym kotem domowym, który poluje na muchy
tylko dlatego, że chce. Nie musi pracować, po prostu mu się nudzi. Miska sama
się napełnia, kuweta - opróżnia. Na co mi narzekać?
Ganiam własny ogon. Łapię go,
gryzę i wściekam się sama na siebie. A potem atakuję wszystkich dookoła, którzy
próbują mnie uspokoić. Głupie człowieki, nic nie rozumiecie. Zostawcie mnie!
Stroszę się i prycham. Dobrze, że nie widzę swojego odbicia w lustrze, wszak
żadna samica nie wygląda zbyt przystojnie w takim stanie.
W końcu zostaję sama. Zwijam się
w kłębek i wylizuję rany. Mam to, czego chciałam. Zasypiam, a kiedy się budzę
miałczę. Bo jestem sama. Miałczę żałośnie i głośno. Na razie do mnie
przychodzą. Ale kiedyś nikt nie przyjdzie.
I w końcu się nauczę...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz