Długo mnie nie było... Weterynarz stwierdził wścieklicę i postanowił ją leczyć. Ale nie, to tylko mój charakter. Udowodniłem mu to gryząc go w łapę i zamykając go w szafie na tydzień. Nic mu nie jest, ot przeżył lekki szok. Reszta to już rutynowe przesłuchania
w areszcie.
Ale do rzeczy. Whiskey w łapę, chłeptać rozlewając po posadzce. Jestem, jaki byłem. Niespełna władz umysłu czy też niektórych przymiotów duszy. I o ile nic do procesu wychowania swego nie mam, o tyle do poszczególnych składających się nań komponentów kieruje swe żale i pretensje. Bo czymże usprawiedliwić irracjonalny strach przed nowymi ludźmi? Introwertyczną psią naturą? Ależ jak mnie kto oswoi to owa natura przejawia się rzadko. Przecież znam zapach ręki, która mnie karmi. Może wspomnieniem krzywd minionych? Ale one dotyczą tylko tych, którzy woleli wyrzucić mnię przy poboczu, bym biegł i biegł, do utraty nikłego znajomego zapachu. To też nie to... Ogólną, zwykłą i chamską niechęcią? To by pasowało tylko w przypadku osób, które nie budzą mojego zaufania z racji samego zapachu. Bo jak tu ufać listonoszowi? Codziennie inny zapach, inny chodu styl, inny grymas na twarzy. Taki sztuczny, wieloludzki. I jak bym miał go znaleźć wśród tych wszystkich innych?
Może to odmowa, może to nadzieja, może to zwykła głupota... A może zwyczajne upośledzenie społeczne narastające latami jak garb i przyciskające do ziemi. A potem zachowuj się dorosły psie jak szczeniak, brykaj i sikaj ze szczęścia na widok nowych twarzy i zapachów woń.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz