środa, 24 lutego 2016

A na moim pogrzebie...

  Znów długo mnie nie było. Zbyt dużo sprawunków walących się na moją niewielką, niedostosowaną łepetynę. Kiedy mnie nie było, patrzyłem na śmierć przyjaciółki. Niezbyt długą, możliwą do przewidzenia, ale jednak śmierć. Starość nie jest stanem pięknym, odbiera co chce i jak chce. I nie ma w tym fakcie nic nadzwyczajnego, wszak po szesnastu latach naszej psiej znajomości odejście jest naturalną koleją wszechrzeczy,
  Ale ja byłem zły. Zły na nią, że umiera, że cierpi, że ma świadomość tego, co się z nią dzieje. I zły na siebie, bo przecież już niejedną śmierć widzieć i przeżywać było mi dane, w tym taką, której do dzisiaj współczują mi znajomi, którą społeczna głupota nakazuje pomijać milczeniem i aurą niezręczności.
  Ta śmierć była inna, nie każdy chce ją rozumieć.
  Traktowaliśmy ją jak rodzinę, chcieliśmy aby wśród niej zaznała spokoju. Znajome ściany, zapach, ulubione legowisko. Ludzie, którym oddała całe swe życie będący w pobliżu. Chyba była wdzięczna. Teraz mieszkanie jest puste, nie ma w nim życia.
A to przecież tylko pies...

Niechaj na moim pogrzebie ktoś powie coś zabawnego, niech przypomni sobie jakąś sytuację, która kojarzy się z poczuciem dobrze spędzonego czasu i radości.
W ostateczności niech się przebierze za śmierć i po prostu stoi...

Długość łańcucha trochę wzrosła, ale obroża jakoś gorzej leży.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Archiwum bloga