Jestem rasowym kotem. Chcę grzać
się przy piecu, spać i być głaskaną. Mruczałabym przez cały dzień z małą
przerwą na nieuzasadnione kocie foszki.
Hmmm... Nie mam pieca. Krążę po
mieszkaniu w poszukiwaniu ciepłych swetrów i skarpet. Nie najlepszy substytut,
ale zawsze coś. Już potrafię znaleźć sobie miejsce czy to na łóżku czy krześle.
Częściej na łóżku, jest większe, można się rozłożyć. I zasnąć na tych kilka
godzin.
A potem wstać i znów wpaść w
potok codziennych zadań. Biegać za tą czerwoną kropką i ciągle obiecywać sobie,
że jak tylko ją złapię, dam sobie chwilę oddechu. Chociaż nie jest to tak
głupie, jak wydaje się na pierwszy rzut oka. Przecież to dzięki tej pogoni dają
mi jeść i pić, i czasem jakaś ciekawa zabawka się trafi. Przecież ja tak
naprawdę wiem, że nigdy jej nie dogonię.
Mam taki kawałek włóczki, który
bardzo lubię. Jest miękki i miły, z reguły ładnie pachnie. Ale lubi się plątać
i zawijać. Jest mi wtedy smutno i trochę zajmuje mi doprowadzenie go do porządku
(w końcu mogę go tylko toczyć po podłodze). Czasami siadam i sama myśl o tym,
że może się splątać, martwi mnie. To nie jest mądre, ale jestem tylko kotem,
mam prawo do chwilowych niemądrości.
Dzisiaj wyszłam i świeciło
słońce, niebo było niebieskie, powietrze pachniało zapowiedzią wiosny. Przez
chwilę odetchnęłam i poczułam się beztrosko jak mały kociak. A potem czerń i
zimno zaczęły znowu przyklejać się do mnie jak lepkie ręce człowieka o niemiłym
zapachu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz